Milik

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Łemkowskie wsie nad Popradem

Email

(rzecz o Miliku, Andrzejówce, Żegiestowie. Zubrzyku i Wierchomli)
Źródło: "Słońce zachodzi nad łemkowszczyzną" - Jan Gajur


Poprzez wieki nad Popradem lokowano wiele wsi i miast. (...) Niedaleko rozłożyła się Muszyna. Stolica biskupiego państwa. Dalej - Andrzejówka, Żegiestów, Zubrzyk. W pewnym oddaleniu od rzeki leży Milik (2 km) oraz Wierchomla Wyżna (4 km).

Płynący przełomami Poprad jak rzucona niebieska wstążka powiewa u stóp Jaworzyny, górskiego pasma o wyrównanej wierzchowinie z kulminacją sięgającą ponad 1100 metrów; całkiem spora górka! Wzgórza - porośnięte mieszaniną jodeł, buków i świerkowych hojaków - przecinają liczne dopływy Popradu. Nad samym jego brzegiem, w dolinach, natknął się można na czyste buczyny. Podobnie szczyty; porastają je bukowe lasy. Można też znaleźć tu wiązy, graby - a nawet limbę i kosodrzewinę; te dwie ostatnie pochodzą ze sztucznych nasadzeń. Z kolei na zboczach, na dawnych śródleśnych pastwiskach, napotykamy świerkowe "zagajniki". Zasiał je tutaj wiatr. Przyroda nie znosi próżni. Gdy tradycje hodowlane zaczęły zanikać, pastwiska opanowały świerkowe samosiewy... Podobny los spotkał grzbietowe polany.

Wiosną i latem zielone zbocza Jaworzyny tętnią życiem i gwarem ptasiego bractwa. Jesienią lasy się wyciszają. Tylko na samym dole, u stóp jaworzyńskich wzniesień i wyniesień... wije się Poprad zaskroniec, pełznie zygzakiem jak żmija. Pełno tu nieoczekiwanych zakrętów, nawrotów i zawrotów... głowy!
Dolinę rzeki grodzą jodłowo-bukowe lasy; bory świerkowe okalają ją pachnącym żywicą, wysokim żywym płotem.

Milik otaczają resztki pradawnej lipowo-modrzewiowej karpackiej puszczy. Lipowy las w Miliku jest śladem tamtej pierwotnej przyrody. Prawie czterdzieści hektarów nad potokiem milickim i na stoku góry Mikowej porastają lipy. Rosną tu także modrzewie, graby, jodły, świerki. Zasadzone je tutaj dawno, bardzo dawno temu, jeszcze w trzecim dniu Stworzenia...

Trochę później - ludzie postawili tu swoje domostwa. Wyprzedziła je zapewne droga. Najpierw nieutwardzony -jesienią błotnisty - leśny dukt w dolinie, przylepiony niemal do rzeki Niebieską tasiemką obszyty gościniec podążał za nurtem Popradu aż zza Karpat; z odległego miasta nazwanego tali samo jak rzeka Poprad. Podążał przez Keżmarok i Starą Lubownię, gdzie rozdzielał się na Piwniczną i Leluchów. Celem drogi były polskie miasta: Nowy Sącz i Kraków.

W Leluchowie dołączał do niego drugi, znany już nam, handlowy trakt wiodący z Preszowa i Bardejowa. Wędrujący kupcy pojawiali się tutaj, gdy tylko obeschły drogi. To byli pierwsi ludzie na tych "obłazach". Zaraz za nimi pojawili się rabusie... Handlowa droga oraz zdająca się nie mieć końca dolina, a takie obfitość drzewa i zwierzyny, zainteresowały także nowych osadników. Zachęceni wolniznami i innymi przywilejami od najdawniejszych czasów budowali tu swoje sadyby. Królom bardzo zależało na obsadzeniu odległych ziem. Mieli na względzie nie tylko rozwój gospodarczy na peryferiach Korony, ale przede wszystkim leżał im na sercu problem obrony granic W tamtych czasach nie wytyczały ich ani zasieki, ani nawet malowane na białoczerwono słupki...

Granice były "płynne". Królewskie osady, tętniące życiem wsie - one były widomymi znakami granicznymi średniowiecznej Polski A że i królowie byli różni, to i kolonizacja przebiegała "różnie". Po okresie "królewszczyzny" przyszedł czas na państwo muszyńskie. Krakowscy biskupi rozlokowali się w Muszynie. A jakże, nad Popradem! Stąd dokonywali swoistej "reaktywacji" starego osadnictwa. Nie sposób przecenić ich zasług. Muszynę jednak omijam swoim wehikułem. Za wysokie progi! Jadę doMlika.
Miejsca, które wywarły kiedyś na człowieku silne wrażenie, sprawiają, że wraca do nich po latach. Łemkowszczyzna oraz autor piszący te słowa są tego dowodem. Dotyczy to również Milika.

To już prawic dwadzieścia lat temu. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Z głównej trasy skręciłem rowerem w lokalną wąską drogę. Przejechałem asfaltem może kilometr, może nieco więcej, gdy po prawej stronie na górce objawiła się mi cerkiew... Zupełnie się jej tutaj nie spodziewałem. W boczną drogę skręciłem z ciekawości. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że istnieje Milik, nie mówiąc już o tym, że może znajdować się w nim cerkiew! Rower oparłem o murek przed wejściem. Murek okazał się kamiennymi schodami prowadzącymi z dwóch stron pod wieżę, do babińca. Cerkiew oraz dzwonnica, konstrukcje drewniane, posadowione są na kamiennych podmurówkach. Zapewne wykonano je później, podnosząc budowle do góry. Świątynia jest stylowo typowa dla zachodniej Łemkowszczyzny. Z zewnątrz przedstawia się tyle skromnie, co nabożnie. Cerkwie z reguły są bardzo oszczędne w ornamenty, gdy idzie o ich "powierzchowność". Co innego, gdy wejdziemy do środka! Miałem szczęście. Zabłąkanego turystę zauważył proboszcz. Pokazał, poopowiadał...

Unicką cerkiew wybudowano w 1813 r. a za patronów obrano świętych Kosmę i Damiana. Główną nawę otaczają dwie czworoboczne kaplice. Przy sanktuarium (prezbiterium) dobudowano zakrystię. Budynek stanął na miejscu starszej świątyni. Tamta cerkiew mogła powstać w 1639 r., kiedy to Milik, z filii parafii w Andrzejówce, sam stał się parafią. Dowiadujemy się o tym pośrednio, a to przy okazji sporu, który miał miejsce wiele lat później, bo w roku 1770. W tamtym czasie sołtysem Milika był Jakub Cichański, a proboszczem parafii "presbyter Konstanty Miejski". Zgodnie z prawem stanowionym w pałacu biskupim w Muszynie, unickiemu parodiowi należało się poszerzone poświętne, czyli większy grunt (popostwo). Proboszcz Konstanty w swoim sporze z Jakubem powołuje się na "dekreta z 1639 roku". Paroch tym razem wygrał z sołtysem. A spór rozsądził nie kto inny, jak biskup muszyński, Kajetan Sołtyk. Nie wiadomo tylko, dlaczego nie udawało się to poprzednikom presbytera Konstantego? Dokument z 1639 r. przyznawał cerkwi dodatkowe grunty należne unickim parochiom, czemu nie mógł zaprzeczyć sołtys. Powołanie się na poszerzenie w 1639 r. popiego gruntu stanowi dowód, że Milik był już wówczas siedzibą parafii. Musiała być ona "rozwojowa", skoro ta niegdysiejsza wikarówka wchłonęła później probostwo w Andrzejówce (1801 r.). Role, zatem się odwróciły. O czym z dumą informował mnie obecny rzymskokatolicki proboszcz Milika...

Wewnątrz cerkwi przepiękny rokokowo-klasycystyczny ikonostas z 1806 r. Na dodatek- stoi tam, gdzie powinien. Na swoim miejscu. Starsze są: ikona "Opłakiwanie Chrystusa" z 1700 roku, oraz Pięta z XVII wieku; być może pochodzą z poprzedniej świątyni... Poza tym - wtedy - proboszcz mógł się jeszcze pochwalić ostatnią greckokatolicką parafianką rzymskoka-tolickiej parafii... O proboszczu nie wspominam jedynie, dlatego że był uprzejmy i mądry (żałuję, że nie przedstawił się!). Zapamiętałem go z powodu ikonostasu i... pewnego zamyślenia:

"Zewnątrz, cerkiew jest skromna; nie zwraca na siebie uwagi. Wewnątrz - pełna złota i blasku. Jak prawdziwy chrześcijanin. W skromnym przyodziewku. Duszę ma jednak przebogatą; nie oszczędza na jej zbytku..."

 

Nic dodać, nic ująć. Spoglądam na modrzewiowe ściany cerkwi. Poczerniały jeszcze bardziej od tamtego czasu. Drzewa pozbywają się resztek liści. Tylko kryte blachą kopuły błyszczą. Jakby przeczuwały blask ikonostasu. W powszedni dzień przed południem, w "rzymskokatolickiej" cerkwi, jest cicho. Dopiero pod wieczór wypełnią ją wypominki i zdrowaśki, ławki w nawie zajmą kobiety i dziewczęta, a w "babińcu" zaczną się zbierać ich mężowie i ojcowie...

W Miliku, jak w każdej wsi, ludzie chętnie gromadzą się na nabożeństwa. Było tak i w XIV wieku, kiedy w Miliku zaczynało toczyć się koło historii. O wsi po raz pierwszy wspomina Jan Długosz. Osada wymieniona jest w testamencie starosty czorsztyńskiego, Piotra Wyżgi. Zatem, musiał już Milik istnieć, skoro stał się przedmiotem postępowania spadkowego. Nie wiadomo, kiedy nastąpiła pierwsza jego lokacja. Na pewno kolonistami byli wówczas osiedleńcy narodowości polskiej i niemieckiej - a prawo obowiązywało magdeburskie. Powtórnej lokacji - tym razem na prawie wołoskim -dokonał w roku 1575 biskup Franciszek Krasiński. Przywilej wraz z "po-świętnym", gruntem dla prawosławnej parochii, otrzymał Teodor, sołtys pobliskiej Andrzejówki. Dwadzieścia lat później, synowie Teodora, Jan i Ignacy, otrzymali potwierdzenie stanu posiadania z rąk kardynała Jerzego Radziwiłła. Wydaje się, że obydwaj, podobnie jak ich ojciec, "władali" w Andrzejówce. Z tego powodu Milik, przez dwieście lat, żył w jej cieniu. Dopiero w XVH wieku "wyzwolił się" spod wpływów Andrzejówki. Po kolejnych dwustu latach, to Milik stał się "patronem" Andrzejowie, degradując ją do roli swojej wikarii.

Od XVI stulecia wieś zamieszkiwali ludzie różnych nacji; byli więc i Wołosi z dalekiego południa - Dacji, Rumunii, jak i bliżsi - Uhryńcy (Węgrzy) i Słowacy; wreszcie - Rusini. Ci ostatni nie stanowili jednego określonego narodu. Był to raczej konglomerat wschodnich Słowian. To, co ich łączyło, to wspólna wiara i język. Ich siłą była również liczebność. Wśród nowych osadników było ich najwięcej. Byli też Polacy. Po latach Łemkowie (tak zwykło się nazywać potomków "starożytnych" Rusinów) zdominowali lokalne społeczności; wsie stały się łemkowskie, a kraj, w którym żyli - Łemkowszczyzną. Nowy naród nie był jednak nigdy wrogo nastawiony do Królestwa Polskiego. Nikogo nie wypędzał ze swoich wsi i ziem. Nie może dziwić, że po kilkuset latach, ziemie te stały się, niejako przez "zasiedzenie", ich ojcowizną- Ojczyzną. Nie można też zapominać, że to dzięki nim rubieże Rzeczypospolitej nie porasta do dziś puszcza, a tam gdzie jeszcze rośnie - dziki zwierz nie jest jej jedynym mieszkańcem.

Dzisiaj, po tragicznej akcji "Wisła", często zapomina się o Łemkach i ich cywilizacyjnym wkładzie w tę część Polski. Ślady nadal są widoczne. Wystarczy przyjechać. Popatrzeć na cerkwie. Pooglądać przydrożne krzyże i kapliczki. Wytropić ostatnie bajkowe chyże(...).

 


Zaakceptuj używanie plików cookies na tej stronie.